Raport NIK: burmistrz nie ogłosił alarmu i nie włączył syren. Starosta wiedziała o przebitej tamie i milczała. Alert RCB z wezwaniem do ewakuacji Kłodzka przyszedł, gdy woda zalewała już osiedle Malczewskiego. Pięć szczebli odpowiedzialności, jeden wspólny efekt: MIESZKAŃCY ZOSTALI SAMI.

W Kłodzku trwa dziś spór o polityczną przyszłość burmistrza Michała Piszki. Część radnych i mieszkańców domaga się jego dymisji — a jeśli jej nie złoży dobrowolnie, zapowiada referendum w sprawie odwołania. To moment, w którym warto zadać pytanie, które powinno paść już dawno: czy burmistrz Piszko zadbał o miasto, za które wziął odpowiedzialność? Czy w świetle publicznie dostępnych informacji — raportu NIK, akt prokuratorskich, relacji ocalałych — jest osobą godną piastowania tak odpowiedzialnej funkcji?
To nie jest pytanie polityczne. To pytanie o elementarne obowiązki wobec mieszkańców. I na to pytanie dokumenty dają już konkretną odpowiedź.
Minęło prawie dwa lata od powodzi, która 15 września 2024 roku zmiotła znaczną część Kłodzka. Ponad 1 200 zalanych mieszkań i lokali, straty przekraczające 200 milionów złotych tylko w infrastrukturze komunalnej, pięć ofiar śmiertelnych w powiecie. I pytanie, które nie traci aktualności: kto i na którym szczeblu zawiódł? Bo że zawiodło wiele ogniw jednocześnie — to już dziś nie jest hipoteza, lecz udokumentowany fakt.
Szczebel I – Wody Polskie: 2,5 godziny ciszy
Zapora w Stroniu Śląskim pękła o godz. 10:35. Wody Polskie — zarządca zbiornika i pierwsze ogniwo łańcucha alarmowego — oficjalnie potwierdziły ten fakt dopiero o godz. 13:05. Dwie i pół godziny. W tym czasie woda toczyła się w dół doliny przez Stronie Śląskie i Lądek-Zdrój w kierunku Kłodzka.
Jako przyczynę opóźnienia Wody Polskie wskazały brak łączności telefonicznej. Wyjaśnienie to nie przekonuje: o godz. 12:01 — a więc blisko półtorej godziny po przerwaniu tamy — radny stroński Remigiusz Sławik opublikował na Facebooku nagranie z miejsca zdarzenia. Łączność działała. Telefony działały. Informacja nie płynęła oficjalnymi kanałami — bo prawdopodobnie nikt nie zadał sobie trudu, żeby ją wysłać.
Co więcej: przez długie miesiące przed powodzią Wody Polskie odmawiały podłączenia wskazań wodomierzy zbiorników retencyjnych do systemu Powiatowego Centrum Zarządzania Kryzysowego w Kłodzku. Gdyby ten system działał, PCZK monitorowałoby stan zbiornika w czasie rzeczywistym — bez konieczności czekania na telefon od operatora, który właśnie ewakuował się z miejsca pracy.
Szczebel II – Starosta Jędrzejewska-Skrzypczyk: wiedziała, nie powiedziała
Po godz. 12:00 starosta kłodzka Małgorzata Jędrzejewska-Skrzypczyk odebrała telefon od burmistrza Stronia Śląskiego Dariusza Chromca. Dowiedziała się o przerwaniu zapory. Była w starostwie — tym samym budynku, w którym urzędował Jan Kalfas, szef Powiatowego Centrum Zarządzania Kryzysowego.
Kalfas tej informacji nie otrzymał. Burmistrz Kłodzka Piszko tej informacji nie otrzymał. Oficjalny komunikat starostwa pojawił się w mediach społecznościowych o godz. 13:33 — trzy godziny po katastrofie.
Jędrzejewska-Skrzypczyk broniła się, wskazując Wody Polskie jako jedynego odpowiedzialnego. Miała nawet pisemne zapewnienie tej instytucji, że wał jest bezpieczny. Problem w tym, że w chwili, gdy tama już była przerwana i informacja do niej dotarła — zamiast natychmiast przekazać ją dalej, przetrzymała ją. To jest właśnie przedmiot postępowania prokuratorskiego, jakie prowadzi wobec niej Prokuratura Okręgowa w Świdnicy — z art. 231 §1 kk (niedopełnienie obowiązków służbowych na szkodę interesu publicznego).
Kalfas złożył zawiadomienie do prokuratury. Cztery dni po powodzi złożył też wypowiedzenie. Po 20 latach pracy. W trybie natychmiastowym.
Szczebel III – Burmistrz Piszko: urząd nieprzygotowany
Burmistrz Kłodzka Michał Piszko o przerwaniu zapory dowiedział się od dziennikarki lokalnego portalu — po godz. 12:00. Oficjalną informację z systemu kryzysowego otrzymał około 14:30, gdy woda zalewała już osiedle Malczewskiego.
Argument o braku informacji ze starostwa jest uzasadniony — ale niepełny. Raport NIK rozkłada go na czynniki pierwsze.
Burmistrz Piszko nie ogłosił na terenie gminy stanu pogotowia ani alarmu przeciwpowodziowego — choć starosta ogłosiła alarm powiatowy już 13 września o godz. 12:00. Dwa dni wcześniej. Ogłoszenie alarmu przez starostę powinno automatycznie uruchomić gminne procedury. Nie uruchomiło.
Nie włączył syren alarmowych. Kłodzko ma system syren. W dniu powodzi milczały. Mieszkańcy dowiedzieli się o nadchodzącej fali od strażaków krzyczących przez megafony z jadących samochodów — albo z Facebooka.
Gminny plan zarządzania kryzysowego był nieaktualny i nie uwzględniał uwag starosty. Co oznacza, że powiatowy i miejski system kryzysowy nie były ze sobą zsynchronizowane — nawet na papierze.
Nie przeprowadzał ćwiczeń z zakresu zarządzania kryzysowego. System, który nigdy nie był testowany, nie zadziałał w momencie próby — to żadne zaskoczenie.
Zmniejszył liczbę etatów w komórce zarządzania kryzysowego, ignorując co najmniej trzy pisemne prośby pracowników o wzmocnienie zespołu.
Nie powołał przedstawiciela OSP do Miejskiego Zespołu Zarządzania Kryzysowego — naruszając tym samym obowiązujące przepisy.
NIK podsumowuje to jako „systemowe zaniedbania, chaos logistyczny i błędy decyzyjne”. Mieszkańcy dostali — cytat z raportu — „ciszę zamiast alarmu”.
Szczebel IV – RCB: alert, który przyszedł za późno
Rządowe Centrum Bezpieczeństwa wysłało alert SMS z wezwaniem do możliwej ewakuacji w powiecie kłodzkim 15 września 2024 roku. Jeden alert. Treść: „Uwaga! Możliwa ewakuacja w powiecie kłodzkim na terenach położonych wzdłuż rzek Biała Lądecka i Nysa Kłodzka. Zachowaj ostrożność. Stosuj się do poleceń służb.”
Problem: przed 15 września — przez całe dni 12, 13 i 14 września, gdy Kotlina Kłodzka tonęła w opadach i sytuacja godzina po godzinie pogarszała się — RCB nie wysłało ani jednego komunikatu wzywającego do ewakuacji. Zero. Ostrzeżenia były — ale o treści: „Nie zbliżaj się do wezbranych rzek”. Gdy woda stała już przed drzwiami, komunikat RCB mówił o środkach ostrożności, nie o ewakuacji.
Tego dnia alarm RCB dla powiatu kłodzkiego objął Lądek-Zdrój, Stronie Śląskie, Bystrzyca Kłodzka i inne miejscowości — ale przyszedł, gdy fala już się toczyła. W przypadku Kłodzka był spóźniony strukturalnie: nie miał żadnego przełożenia na realne ostrzeżenie mieszkańców miasta, bo alarm miejski i syreny i tak nie zadziałały.
Szczebel V – IMGW: ostrzegał prawidłowo
Tu trzeba uczciwie powiedzieć: Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej swoje zadanie wykonał. Ostrzeżenia trzeciego stopnia przed intensywnymi opadami dla Dolnego Śląska obowiązywały od 12 września. Komunikaty o możliwych powodziach błyskawicznych, o szybkich wzrostach poziomu wód — były. Prognoza na kulminację z 14 na 15 września — była.
IMGW nie przewidział i nie mógł przewidzieć awarii konkretnej zapory — bo ta awaria wynikała z wadliwych prac budowlanych, nie z modeli hydrologicznych. Ale ostrzegł przed skalą opadów w sposób, który powinien był uruchomić najwyższy stan gotowości u wszystkich podmiotów w łańcuchu zarządzania kryzysowego.
Czy tak się stało? Odpowiedź płynie z całości tego tekstu.
Brak komunikacji między powiatem a miastem — czy miał wpływ na skalę zniszczeń?
To pytanie wprost: tak, miał. I to w dwóch wymiarach.
Wymiar doraźny — 15 września: gdyby starosta przekazała informację o przebiciu zapory natychmiast po godz. 12:00, a PCZK uruchomiło procedury alarmowania, Kłodzko miałoby od 1,5 do 2 godzin na zorganizowane ostrzeganie mieszkańców. Fala dotarła do miasta około 14:30. To niemal dwa godziny. Nie wystarczyłoby na uratowanie domów — ale mogłoby wystarczyć na uratowanie mienia, ewakuację osób starszych i chorych, zabezpieczenie archiwów i infrastruktury. Jan Kalfas powiedział to wprost: „Nie mówię tutaj o budynkach — ale ludzie mogli dużo uratować.”
Wymiar strukturalny — lata przed powodzią: gminny plan kryzysowy Kłodzka nie uwzględniał uwag starosty. Dwa plany — powiatowy i miejski — nie były ze sobą zsynchronizowane. OSP nie zasiadała w miejskim zespole zarządzania kryzysowego. Nikt nie sprawdzał, czy ogłoszenie alarmu na poziomie powiatu automatycznie uruchamia procedury na poziomie miasta. Katastrofa ujawniła pęknięcie, które istniało od lat.
Zamiast zakończenia
Burmistrz Piszko nie jest jedynym, który zawiódł. Ale jest jednym z nich — i to na szczeblu, który miał być ostatnią linią ochrony mieszkańców własnego miasta. System syren, plan ewakuacji, alarm gminny — to były narzędzia będące w jego rękach. Nie zostały użyte. Nie dlatego, że nie miał informacji. Dlatego, że przez lata nie zadbał o to, by te narzędzia były gotowe do użycia.
Starosta wiedziała i nie powiedziała. Wody Polskie milczały przez 2,5 godziny. RCB wysłał jeden alert. Wojewódzki sztab kryzysowy obradował przy tym samym stole, przy którym siedział minister — a burmistrz największego miasta w dolinie i tak dowiedział się o katastrofie od dziennikarki.
To jest historia o tym, jak wiele rzeczy musi zawieść jednocześnie, żeby doszło do takiej tragedii. I o tym, że każda z tych rzeczy zawieść nie musiała.
Zapraszamy do dyskusji w komentarzach. Jeśli masz informacje na ten temat — napisz do nas. Zapewniamy pełną anonimowość. Prosimy jednocześnie o merytoryczną rozmowę — komentarze nienawistne i obraźliwe będą usuwane.
Artykuł powstał na podstawie raportu pokontrolnego NIK, komunikatu Prokuratury Okręgowej w Świdnicy z 17.12.2024, oświadczenia Wód Polskich z 24.09.2024, wywiadów opublikowanych przez OKO.press, TVN24, Radio Wrocław i RMF24, komunikatów RCB oraz materiałów Dolnośląskiego Urzędu Wojewódzkiego i Komendy Głównej PSP z 14–15.09.2024.
ZDJĘCIE: Polsat News
