Są politycy, którzy rozumieją, że krytyka jest częścią życia publicznego. Są też tacy, którzy traktują urząd jak własne królestwo, a każde niewygodne pytanie jak osobistą obrazę. Niestety, wszystko wskazuje na to, że prezydent Świdnicy Beata Moskal-Słaniewska od dawna wybrała tę drugą drogę.
Kolejny wyrok dotyczący dostępu do informacji publicznej pokazuje problem znacznie poważniejszy niż pojedynczy spór z dziennikarzami. Pokazuje sposób myślenia o władzy. Taki, w którym mieszkańcy mają wiedzieć tylko tyle, ile urząd i sama prezydentka uzna za stosowne. Taki, w którym informacje publiczne nie są prawem obywatela, ale przywilejem przyznawanym przez urzędników.
A przecież w demokracji jest dokładnie odwrotnie.
Urząd nie jest właścicielem informacji publicznej. Jest jedynie jej depozytariuszem. Informacje powstają za publiczne pieniądze i należą do mieszkańców. Dlatego za każdym razem, gdy obywatel lub dziennikarz musi iść do sądu, by uzyskać odpowiedź na pytania dotyczące funkcjonowania miasta, przegrywa nie urząd i nie redakcja. Przegrywa zaufanie do samorządu.
Jeszcze bardziej niepokojące jest jednak to, w jaki sposób traktowani są ci, którzy te pytania zadają.
Na niedawnej konferencji prasowej, niektórzy jej uczestnicy mogli obserwować upust frustracji Moskal – Słaniewskiej. Padły tam oskarżenia pod adresem mediów. Usłyszeliśmy o rzekomej „kradzieży prywatnych zdjęć”. Problem polega na tym, że trudno mówić o kradzieży materiałów, które wcześniej były publikowane przez samych uczestników wydarzeń w mediach społecznościowych i udostępniane publicznie.
Nie da się jednocześnie publikować zdjęć na otwartych profilach, budować własnego wizerunku w sieci, pokazywać znajomości, relacje i wspólne spotkania prezydentki, jej męża i podwładnych urzędniczek różnego szczebla, a następnie oburzać się, że ktoś te fotografie zauważył, opisał i zadał pytania.
To nie media wyciągnęły te zdjęcia z prywatnej szuflady.
To nie dziennikarze publikowali je w internecie.
To nie redakcja pokazała mieszkańcom te relacje jako pierwsza.
Zrobili to sami uczestnicy tych wydarzeń. W tym wiceprezydent Krystian Werecki na swoim urzędowym profilu.
W życiu publicznym obowiązuje bardzo prosta zasada. Im wyższe stanowisko, tym większa odpowiedzialność za własne słowa i działania. Dlatego szczególne zdziwienie budzi sytuacja, gdy osoba od lat odwołująca się do wartości takich jak szacunek, tolerancja i prawa kobiet (sic!), sama uczestniczy w publicznych pyskówkach i próbach dyskredytowania kobiet wykonujących zawód dziennikarza.
Od prezydenta miasta mieszkańcy oczekują klasy, tutaj jej zabrakło. Oczekują argumentów. Oczekują spokoju.
Nie oczekują oskarżeń, emocjonalnych wycieczek i obrażania tych, którzy patrzą władzy na ręce.
Najbardziej zastanawiające jest jednak coś jeszcze.
Gdy media opisują wspólne spotkania, uroczystości, wesela, jubileusze czy prywatne imprezy, natychmiast słyszymy o naruszaniu prywatności. Tymczasem te same osoby chętnie publikują fotografie z tych wydarzeń, oznaczają uczestników i pokazują swoje relacje w mediach społecznościowych.
Jeżeli urzędnicy, osoby związane z ratuszem i lokalną polityką wspólnie uczestniczą w kolejnych uroczystościach, a zdjęcia trafiają później do internetu, mieszkańcy mają pełne prawo interesować się tym, jakie relacje istnieją pomiędzy osobami pełniącymi funkcje publiczne.
Nie jest to atak.
Nie jest to hejt.
Nie jest to naruszenie prywatności.
To zwykłe pytania, które w demokracji są czymś naturalnym.
Politycy bardzo często lubią powoływać się na europejskie standardy, transparentność i społeczeństwo obywatelskie. Problem zaczyna się wtedy, gdy te standardy mają dotyczyć ich samych.
Bo prawdziwy test przywiązania do demokracji nie polega na wygłaszaniu pięknych haseł. Polega na tym, jak reaguje się na krytykę, pytania i kontrolę społeczną.
Kto szanuje mieszkańców, odpowiada na pytania.
Kto szanuje media, przedstawia argumenty.
Kto szanuje urząd, nie wykorzystuje konferencji prasowych do osobistych rozliczeń.
A kto naprawdę wierzy w przejrzystość, nie musi być do niej zmuszany przez sądy.
I właśnie dlatego problemem nie jest jeden wyrok, jedno zdjęcie czy jedna konferencja prasowa.
Problemem jest przekonanie, że władza może sama decydować, które pytania wolno zadawać, a które należy przemilczeć.
Na szczęście w demokratycznym państwie o tym nie decydują politycy.
Decydują obywatele.

ZDJĘCIE: fb
