Kłodzko. Coraz trudniej udawać, że nic się nie stało

W Kłodzku od dłuższego czasu próbuje się utrzymać prostą narrację: emocje są duże, media podkręcają temat, polityczni przeciwnicy wykorzystują okazję, a urząd i straż miejska dalej robią swoje.

Taki przekaz dałoby się jeszcze obronić, gdyby nie to, że obok wzajemnych oskarżeń pojawiły się rzeczy konkretne: kontrola wojewódzka, publikacje o korespondencji między burmistrzem a komendantem, wcześniejsze materiały o zachowaniu strażników wobec zatrzymanych i polityczne reperkusje wokół całej sprawy.

To już nie jest zwykła lokalna awantura, która potrwa tydzień i rozejdzie się po kościach. Za dużo elementów zaczęło do siebie pasować.

👉🏻Co wykazała kontrola

Najpierw są fakty urzędowe. Wojewoda dolnośląski opublikował wystąpienie pokontrolne po kontroli Straży Miejskiej w Kłodzku przeprowadzonej 11 marca 2026 roku. Sprawdzano między innymi sposób wykonywania obowiązków przez strażników, prowadzenie dokumentacji, postępowania w sprawach o wykroczenia, stosowanie procedur podczas interwencji oraz współpracę z policją.

W części obszarów nie stwierdzono uchybień. Dotyczyło to między innymi prowadzenia notatników służbowych, legitymowania osób w uzasadnionych przypadkach, udzielania pouczeń, współpracy z policją czy monitoringu miejskiego.

Ale obok tego wskazano także rzeczy znacznie poważniejsze. Wśród uchybień pojawił się brak przeprowadzenia albo udokumentowania sprawdzeń prewencyjnych wobec osób nietrzeźwych, błędy przy wypisywaniu mandatów, nieprawidłowości przy prowadzeniu postępowań mandatowych, opóźnienia w przekazywaniu wymaganych informacji oraz przypadek nałożenia mandatu na osobę, która wcześniej odmówiła jego przyjęcia, mimo że w takiej sytuacji sprawa powinna trafić do sądu.

To ważne, bo w takich sprawach często słyszymy, że „system działał”, tylko ktoś próbuje dorobić sensację. Problem w tym, że sama kontrola pokazała, iż z tym działaniem nie było aż tak dobrze, jak próbowano to przedstawiać.

👉🏻Korespondencja, która nie wygląda dobrze

Druga warstwa tej historii jest znacznie poważniejsza politycznie i wizerunkowo. Daminfo opublikowało materiały, z których ma wynikać, że w korespondencji przypisywanej burmistrzowi Michałowi Piszce i komendantowi straży miejskiej Michałowi Tułaczowi pojawiają się treści dotyczące konkretnych osób, w tym radnej Marty Szmyrko-Konieczyńskiej, formułowane w języku skrajnym i pogardliwym.

Najbardziej nośny stał się wątek „czarnej listy osób do utylizacji”. Samo to sformułowanie jest tak mocne, że nie da się go zbyć jako zwykłej niezręczności językowej. Jeżeli ludzie pełniący funkcje publiczne naprawdę rozmawiają o mieszkańcach albo radnych w taki sposób, to problem nie dotyczy już tylko stylu wypowiedzi. Dotyczy standardu sprawowania władzy.

I tu nie chodzi wyłącznie o estetykę. Taki język zwykle nie bierze się znikąd. On pokazuje stosunek do ludzi.

👉🏻Wątek mandatów i „załatwiania” spraw

W osobnych publikacjach opisano też mechanizm, który — jeśli potwierdziłyby go odpowiednie instytucje — byłby jeszcze bardziej niepokojący. Chodzi o materiały sugerujące wpływanie na sprawy mandatowe, odstępowanie od ukarania wybranych osób albo cofanie sankcji wobec tych, którzy mieli odpowiednie kontakty.

To jest moment, w którym sprawa przestaje być tylko obyczajowo skandaliczna. Bo jeśli mieszkańcy zaczynają mieć wrażenie, że jedni są traktowani według przepisów, a inni według znajomości, to cała opowieść o równości wobec prawa przestaje brzmieć poważnie.

Nie trzeba nawet przesądzać, jak było w każdym przypadku. Wystarczy sam cień takiego mechanizmu, żeby zniszczyć zaufanie do straży miejskiej na długo.

👉🏻Anonimowy policjant i dostęp do danych

Jest jeszcze jeden wątek, którego nie da się zlekceważyć. W materiałach prasowych pojawia się anonimowy policjant, który miał — według opisu redakcji — pomagać komendantowi w ustalaniu danych osób trzecich, numerów telefonów czy billingów.

Jeżeli takie informacje byłyby prawdziwe, nie mówilibyśmy już o zwykłym politycznym brudzie czy lokalnej awanturze personalnej. Byłaby to sprawa znacznie cięższego gatunku, bo chodziłoby o korzystanie z narzędzi i danych, do których zwykły obywatel nie ma dostępu.

Na tym etapie ostrożność jest konieczna. Ale ostrożność nie oznacza zamiatania sprawy pod dywan.

👉🏻Wcześniejsze nagrania strażników

W tle są też wcześniejsze doniesienia dotyczące zachowania strażników miejskich w Kłodzku. Lokalne i ogólnopolskie media opisywały nagrania, na których funkcjonariusze mieli drwić z zatrzymanych i ich upokarzać. Sprawa wywołała oburzenie, a burmistrz publicznie zapowiadał konsekwencje.

Później lokalne media informowały również o karze dla komendanta straży miejskiej, obejmującej naganę i czasowe obniżenie wynagrodzenia. To ważne, bo pokazuje, że problem nie zaczął się wczoraj i nie sprowadza się do jednej publikacji czy jednego wycieku.

👉🏻To nie wygląda na serię przypadków

Kiedy zsumuje się te wszystkie elementy — kontrolę wojewódzką, publikacje o korespondencji, wątek możliwego „załatwiania” spraw, informacje o wykorzystywaniu danych oraz wcześniejsze kompromitujące nagrania — naprawdę trudno utrzymać tezę, że mamy do czynienia z kilkoma przypadkowymi incydentami.

To wygląda raczej na poważny kryzys standardów władzy lokalnej. I właśnie dlatego sprawa nie powinna kończyć się na komunikatach, że wszystko jest analizowane albo że wystarczy kolejne szkolenie.

👉🏻Co dalej

Najrozsądniejsze byłoby pełne wyjaśnienie kilku rzeczy naraz: praktyki działania straży miejskiej, obiegu decyzji mandatowych, relacji między komendantem a władzami miasta oraz wątku ewentualnego pozyskiwania danych przez osoby trzecie.

Jeżeli instytucje publiczne chcą odzyskać zaufanie mieszkańców, nie wystarczą ogólne zapewnienia. Potrzebne są jasne ustalenia, kto za co odpowiadał i gdzie kończył się błąd, a zaczynało nadużycie.

☝🏻Notka prawna

Niniejszy materiał ma charakter publicystyczny i opiniotwórczy. Zawarte w nim oceny oraz komentarze opierają się na publicznie dostępnych materiałach prasowych oraz na wystąpieniu pokontrolnym dotyczącym Straży Miejskiej w Kłodzku.

Przywołane informacje o korespondencji, nagraniach, możliwych relacjach służbowych oraz potencjalnych nieprawidłowościach pochodzą z publikacji medialnych i nie stanowią samodzielnego przesądzenia o odpowiedzialności karnej, cywilnej ani dyscyplinarnej jakiejkolwiek osoby.

Osobom, których dotyczy materiał, przysługuje prawo do przedstawienia stanowiska, sprostowania lub odpowiedzi na zasadach przewidzianych w Prawie prasowym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *