W tekście: Świdnicka KO wraca do stołu z prezydent, która przez osiem lat nie dotrzymała ani jednej obietnicy koalicyjnej. Dostaje trzy stanowiska naraz – i świętuje. Tymczasem Beata Moskal-Słaniewska po raz trzeci robi to samo co zawsze: kupuje większość za minimum, nie oddając nic z tego, co liczy się naprawdę. A na horyzoncie majaczy Sejm.

OSIEM LAT OCZEKIWANIA NA WICEPREZYDENTA
Żeby zrozumieć, czym naprawdę jest to, co wydarzyło się w świdnickiej Radzie Miejskiej 25 czerwca 2026 roku, trzeba cofnąć się do pierwszej kadencji Moskal-Słaniewskiej w koalicji z Platformą Obywatelską. Już wtedy padła obietnica wiceprezydenta dla koalicjanta. Już wtedy nie została dotrzymana. Minęły dwie kadencje – osiem lat wspólnego rządzenia – i KO zarządzała Świdnicą bez realnego wpływu na egzekutywę. Jej radni zgłaszali projekty do budżetu; realizował się jeden na ponad dwadzieścia. Kandydat na wiceprezydenta – wiecznie zapowiadany, nigdy niepowołany.
W 2024 roku Jan Dzięcielski oznajmił koniec koalicji z BMS — efektem wieloletniego niezadowolenia z „marginalizacji głosu i braku realizacji postulatów”. KO przeszła do opozycji i przez rok głosowała przeciwko. I właśnie to czyni datę 25 czerwca 2026 roku tak politycznie demoralizującą.
CENA KOALICJI DRAMATYCZNIE WZROSŁA
Moskal-Słaniewska ma w polityce jedną niezachwianą zasadę: szuka partnera zapewniającego jej większość, nie dzieląc się przy tym realną władzą. To nie opinia – to udokumentowany wzorzec.
Z KO przez dwie kadencje – bez wiceprezydenta. Z PiS przez blisko dwa lata – radni Kaczyńskiego po raz pierwszy głosowali za podwyżkami i budżetami, które wcześniej zawsze odrzucali, a i tak nie dostali żadnego stanowiska w egzekutywie. Oddawali się praktycznie za nic. No, może za ważny dla PiS pomnik smoleński i za wspólne z prezydentką zdjecia spod pomnika Jana Pawła II z okazji rocznicy jego śmierci.
Teraz KO – po ponad roku opozycji, po ośmiu latach doświadczeń – wraca i dostaje wszystko naraz: wiceprezydenta, przewodniczącego rady i wiceprzewodniczącą. Trzy stanowiska. Za jedno głosowanie.
Dlaczego te stanowiska kosztowały przez osiem lat nic, skoro teraz nagle kosztowały absolutorium i wotum zaufania? To pytanie świdnicka KO powinna była zadać sobie przed sesją, nie po.
CZŁOWIEK WYRZUCONY Z OBU STRON JEDNOCZEŚNIE
Osobną, gorzkawą historią jest los Krzysztofa Lewandowskiego. Wieloletni radny PiS, przewodniczący Rady Miejskiej, który wbrew naciskom partyjnego kierownictwa — łącznie z osobistymi prośbami posłanki Elżbiety Witek – odmówił rezygnacji z funkcji, bo wierzył we współpracę z Moskal-Słaniewską. W kwietniu 2026 roku zapłacił za to wykluczeniem z PiS. A 25 czerwca, na tej samej sesji, na której prezydent odbierała absolutorium – Lewandowski został odwołany ze stanowiska wnioskiem złożonym przez radnego z jej własnego obozu.
Wyrzucony przez partię za zbytnie przywiązanie do BMS. Odwołany przez BMS, gdy ta nie potrzebowała już jego głosu. To nie jest historia polityczna. To jest podręcznik o tym, jak wygląda lojalność w wykonaniu prezydentki.
ROK 2023: PROLOG, O KTÓRYM WSZYSCY ZAPOMNIELI
Cała ta historia ma swój prolog, sięga on maja 2023 roku. Wtedy Moskal-Słaniewska podpisała list popierający marszałka Przybylskiego z koalicji Bezpartyjnych Samorządowców i PiS. Zarząd Stowarzyszenia Tak! Dla Polski wykluczył ją tego samego dnia: „sprzeniewierzenie się wartościom ruchu”. To wykluczenie było polityczną cezurą – zamknęło BMS formalną ścieżkę powrotu do środowisk demokratycznej opozycji i przyśpieszyło zbliżenie z PiS w 2024 roku. Moskal-Słaniewska była już poza strukturą, która mogłaby ją rozliczać.
Warto o tym pamiętać, kiedy dziś świdnicka KO świętuje powrót do koalicji z tą samą prezydent. Polityk, który raz przełamie zasadę dla pragmatyki, przełamie ją po raz kolejny. I po raz kolejny. Każdorazowo z tym samym uzasadnieniem: dla dobra mieszkańców.
SEJM ZAMIAST RATUSZA? WIDMO KOŃCA KADENCJI
Jest jeden wątek, który nadaje całej układance zupełnie inny wymiar. Moskal-Słaniewska jest wiceprzewodniczącą Nowej Lewicy na Dolnym Śląsku i od lat zasiada w Radzie Krajowej partii. Obecna kadencja jest czwartą z rzędu – a to w każdym samorządzie oznacza jedno: polityczny horyzont zaczyna się przesuwać poza ratusz. Nowa Lewica desperacko potrzebuje rozpoznawalnych twarzy z regionów. Moskal-Słaniewska — czterokrotna prezydentka, uwolniona od wizerunku partnerki PiS, z nową koalicją z KO jako polityczną osłoną – jest kandydaturą, która pisze się sama.
Pytanie, którego radni KO nie zadali przed 25 czerwca, brzmi: co się stanie, jeśli pani prezydent zdecyduje się na Sejm przed końcem kadencji? Jeśli tak się stanie, świdnicka KO zostanie z koalicją, której oblicze polityczne zniknie – i z ratuszem, do którego dostała klucz od tylnego wejścia.
KRÓTKOWZROCZNOŚĆ JAKO WYBÓR
Lojalność prezydentki ma termin ważności. Świdnicka KO – przez osiem lat w koalicji, przez dwa w opozycji – miała wszystkie dowody, żeby to wiedzieć. Dostała trzy stanowiska nie dlatego, że prezydent w końcu uznała słuszność partnerskiego rządzenia, ale dlatego, że chwilowo nie miała innego wyjścia: PiS jej odmówił, klub radnych rozpadał się wewnętrznie, absolutorium było zagrożone. Wizerunkowa klapa.
W polityce najdrożej kosztuje nie pierwsze zaufanie, które ktoś nadużył. Drugie.
Artykuł powstał na podstawie materiałów z Swidnica24.pl, TVN24, Daminfo i Radia Wrocław.
