W polityce są momenty, kiedy każde słowo waży podwójnie. Ale są też takie chwile, gdy największym błędem staje się brak słów. Dziś właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia w powiecie kłodzkim.
Wokół afery kłodzkiej od tygodni narastają emocje, pytania i niepokój mieszkańców. Wypowiadają się politycy z Warszawy, przedstawiciele partii, komentatorzy i osoby publiczne. Tymczasem osoba, która z racji funkcji powinna stanąć przed mieszkańcami jako pierwsza, wciąż milczy.

Starosta milczy jak grób.
I właśnie to milczenie staje się dziś najbardziej uderzające. Nie dlatego, że samo w sobie zmienia fakty, ale dlatego, że wizerunkowo jest to ruch po prostu tępy i politycznie głupi.
Nie mówimy przecież o osobie przypadkowej. Małgorzata Jędrzejewska-Skrzypczyk od lat jest związana z lokalnym środowiskiem Platformy Obywatelskiej i samorządem powiatowym. Zanim stanęła na czele powiatu, przez lata współpracowała z Monika Wielichowska, prowadząc jako pierwsza dyrektorka jej biuro poselskie przez ponad dwie kadencje. To właśnie w tym politycznym zapleczu budowała swoją pozycję publiczną, zanim została radną, później wicestarostą, a ostatecznie starostą. Sama Monika Wielichowska ma silny życiorys samorządowy związany z powiatem kłodzkim — była starostą powiatu w latach 2006–2007, zanim weszła do polityki ogólnopolskiej. (Wikipedia)

To sprawia, że dzisiejsza cisza starosty brzmi jeszcze mocniej.
Osoba z takim doświadczeniem i takim zapleczem politycznym doskonale wie, że w sytuacji kryzysowej urząd nie może pozwolić sobie na brak komunikatu. Mieszkańcy nie oczekują wielkich deklaracji ani emocjonalnych wystąpień. Oczekują prostego, rzeczowego stanowiska: co się wydarzyło, jakie procedury obowiązywały, czy zostały sprawdzone, jakie działania naprawcze podjęto i jak urząd zamierza odbudować zaufanie.
Tymczasem zamiast konkretu jest pustka.
A pustka zawsze wypełnia się sama — plotką, spekulacją, podejrzeniem i gniewem.
Każdy dzień milczenia działa na niekorzyść starostwa. To nie jest strategia przeczekania kryzysu. To jest oddawanie pola wszystkim innym: przeciwnikom politycznym, komentatorom i ludziom, którzy sami zaczynają dopowiadać sobie odpowiedzi.
Wizerunkowo to wygląda źle.
Bardzo źle.
Bo milczenie w takiej chwili może być odczytywane na kilka sposobów — jako brak odwagi, brak pomysłu na reakcję albo zwykłe lekceważenie opinii publicznej. Żadna z tych interpretacji nie jest korzystna dla osoby pełniącej funkcję publiczną.
Najgorsze jest jednak to, że cisza sprawia wrażenie, jakby urząd nie rozumiał powagi sytuacji.
A przecież starosta nie jest obserwatorem wydarzeń. Jest osobą odpowiedzialną za instytucję, za jej wiarygodność i za poczucie bezpieczeństwa mieszkańców. W takich momentach nie można chować się za ścianą gabinetu i liczyć, że sprawa sama przycichnie.
To nie przycicha.
To narasta.
Im dłużej trwa milczenie, tym mocniej utrwala się obraz bezradności i politycznej krótkowzroczności. Bo w kryzysie najgorsze nie są nawet trudne pytania.
Najgorsza jest cisza tych, którzy powinni odpowiadać.
I właśnie dlatego dziś największym problemem nie jest już tylko sama sprawa.
Największym problemem staje się milczenie starosty — tępe, wizerunkowo głupie i kompletnie niezrozumiałe.
Zdjęcia: fb Małgorzata Jędrzejewska – Skrzypczyk
