Tak nie powinno wyglądać zarządzanie kryzysowe.
Dopiero gdy katastrofa ekologiczna w Pilchowicach stała się tematem ogólnopolskim, a zdjęcia ton martwych ryb obiegły media, nagle uaktywniła się administracja państwowa.

Wojewoda Dolnośląska Anna Żabska pojawiła się na miejscu i zapowiedziała spotkania z przedsiębiorcami oraz analizę możliwych form wsparcia. Tauron z kolei powołał pełnomocnika do kontaktów z przedsiębiorcami poszkodowanymi przez katastrofę.
To dobrze, że wreszcie ktoś zaczął rozmawiać z ludźmi. Pytanie brzmi jednak: dlaczego dopiero teraz?
Gdzie były służby odpowiedzialne za nadzór i reagowanie, gdy spuszczano wodę z Jeziora Pilchowickiego? Czy nikt nie przewidział skutków dla ekosystemu, rzeki Bóbr i lokalnej gospodarki? Czy nie było sygnałów ostrzegawczych, które powinny uruchomić działania, zanim doszło do ekologicznej tragedii?

Dziś przedsiębiorcy z Doliny Bobru płacą najwyższą cenę. Agroturystyki świecą pustkami. Turyści odwołują rezerwacje. Organizatorzy spływów kajakowych i właściciele przystani tracą klientów w samym środku sezonu, który miał zapewnić im utrzymanie na cały rok. Część firm musiała przenieść działalność na inne odcinki rzeki, inne praktycznie zostały pozbawione możliwości zarabiania.
Powołanie pełnomocnika i zapowiedzi spotkań nie cofną poniesionych strat. Mieszkańcy oraz przedsiębiorcy oczekują dziś nie działań wizerunkowych, lecz konkretnej pomocy finansowej, szybkich decyzji i przede wszystkim rzetelnego wyjaśnienia, jak doszło do katastrofy, której skutki odczuwa cały region.
Bo kiedy ryby już nie żyją, rzeka odstrasza turystów, a lokalne firmy walczą o przetrwanie, jest już zdecydowanie za późno na spóźnioną aktywność urzędników.
ZDJĘCIE: DUW
