JAK WAŁBRZYCH ZNALAZŁ SWÓJ POCIĄG – I ZOSTAŁ POUCZONY O „BRUTALIZACJI DEBATY”. EPIDEMIA „SUDECKIEGO WIRUSA”.

Wałbrzych od lat żyje legendą złotego pociągu. Tunel, skarb, tajemnica, georadary, konferencje. Miasto marzyło o złocie ukrytym pod ziemią. Tymczasem prawdziwa żyła złota od dawna jeździ zupełnie innym torem: między ratuszem a szpitalem im. Sokołowskiego, w rubrykach „umowa o pracę” i „wynagrodzenie za pozostawanie bez pracy”.

Złoty pociąg się nie odnalazł. Znalazł się za to Złoty Doktor. I ten Złoty Doktor dziś występuje w roli moralnego autorytetu, tłumacząc Polsce, że milionowe zarobki lekarzy to nie sensacja, lecz efekt rynku, hejtu i „brutalizacji debaty publicznej”. [polecamy: Agnieszka Dobkiewicz, „Roman Szełemej: Sama wysokość wynagrodzenia w Szpitalu Południowym nie była największą sensacją”, Wyborcza.pl/Wałbrzych, 14 lipca 2026].

SZPITAL TO MÓJ „DRUGI DOM”. KIEDY AKURAT NIE MA MNIE NA DYŻURZE

Roman Szełemej od lat powtarza, że szpital to jego „drugi dom”. W 2011 roku w wywiadzie dla „Menedżera Zdrowia” mówił bez fałszywej skromności: „Ja tu pracuję od 25 lat. Mam normalne dyżury, prowadzę gabinet, leczę codziennie pacjentów. Szpital to mój drugi dom”.

Dekadę później ten „drugi dom” okazał się miejscem dość osobliwego domowego budżetu. Jak wynika z oświadczeń majątkowych, od stycznia do lipca 2021 r. szpital wypłacił Szełemejowi 402 tys. zł, przy formalnym zatrudnieniu na ćwierć etatu. Sam lipiec – 109 tys. zł, w tym ponad 82 tys. zł nagrody jubileuszowej za 35 lat pracy. Łącznie za 2021 r. ze szpitala ponad 570 tys. zł.

Audyt Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego – tego samego, który nadzoruje szpital – wskazał dodatkowo, że bywały dyżury, na których doktora po prostu nie było, choć wynagrodzenie za nie pobrał. „Szpital to mój drugi dom”. Tyle że w tym domu ktoś inny sprzątał, ktoś inny podpisywał wypisy, ktoś inny pilnował leków przeciwbólowych – a domownik inkasował za obecność, której audyt nie mógł znaleźć.

ZŁOTY POCIĄG W OŚWIADCZENIU MAJĄTKOWYM

Wałbrzych szukał złotego pociągu w tunelach. Tymczasem wykopki należało zacząć w BIP-ie. Z tekstu „Złoty pociąg prezydenta” wynika jasno: w 2021 r. dochody Szełemeja z umów o pracę przekroczyły 866 tys. zł, w 2024 r. sięgnęły ok. 745–746 tys. zł, a łącznie lata 2020–2025 dały ponad 3,3 mln zł z publicznej pracy.

W tym pakiecie jest też osobny wagon: 300 tys. zł za „czas pozostawania bez pracy” w szpitalu, wypłacone zgodnie z wyrokiem sądu za lata 2021–2023. Zwykły wałbrzyszanin po utracie zatrudnienia kombinuje, z czego opłaci czynsz. Dolnośląski Judym potrafi po czasie dopisać do oświadczenia majątkowego kolejne 300 tys. zł za to, że nie pracował. System działa – zwłaszcza dla tych, którzy stoją na szczycie lokalnego układu.

Dla porównania: wynagrodzenie prezydenta miasta na poziomie około 21 tys. zł miesięcznie wiele osób uznałoby za godne. Problem zaczyna się wtedy, gdy ten sam człowiek z ćwierć etatu w szpitalu zarabia dwukrotnie więcej niż z prezydenckiej pensji – i nadal opowiada, że dla niego „wymiar finansowy nie ma znaczenia”. Jeśli to jest brak zainteresowania pieniędzmi, to Dolny Śląsk właśnie wynalazł nową szkołę ascezy.

ZŁOTY DOKTOR JUDYM – WERSJA WAŁBRZYSKA

Stefan Żeromski stworzył Tomasza Judyma jako lekarza, który wyrzeka się dobrobytu w imię biednych. Judym jest tragiczny: za swoją bezinteresowność płaci samotnością i ranami. Wałbrzyski Złoty Doktor Judym ma historię dokładnie odwrotną.

Przez lata budował wizerunek „społecznika z powołania”: szpital drugim domem, gotowość do pracy w weekendy, poświęcenie dla pacjentów. Jednocześnie dokumenty pokazują lekarza na ćwierć etatu z wynagrodzeniami równymi kilkuletniej pracy przeciętnego mieszkańca, dyżury, na których go nie ma, samowolne opuszczanie oddziału, angażowanie zastępców, delegowanie obowiązków ordynatora na innych.

Judym wyrzeka się pieniędzy. Szełemej deklaruje, że pieniądze nie są dla niego priorytetem – i zarabia tak, że trzeba robić osobne tabelki, by policzyć, na ile lat pracy zwykłego Dolnoślązaka starcza jeden rok jego publicznego etatu.

OD OFIARY SYSTEMU DO PROFESORA MORALNOŚCI

Kiedy szpital dyscyplinarnie go zwolnił, Szełemej nie czekał na audyt. Jeszcze tego samego dnia ogłosił, że to „działanie odwetowe” i „polityczna zemsta” za obronę placówki przed marginalizacją. Dolnośląska scena samorządowa zareagowała podręcznikowo: MuremZaRomanem, białe róże przed bramą szpitala, patetyczne deklaracje o „nadludzkiej pracowitości” i „25-godzinnej dobie”.

Nikt nie miał czasu zapytać o 402 tys. zł wypłacone w siedem miesięcy. Nikt nie pytał o dyżury, na których był ktoś inny, o brak ewidencji czasu pracy, o ręczne rozliczanie godzin. Audyt Urzędu Marszałkowskiego mówił wprost: wynik kontroli jest „negatywny”, potwierdzono podwójne wynagrodzenia za ten sam dyżur i zaniedbania podstawowych obowiązków ordynatora.

Dziś ten sam człowiek występuje w „Wyborczej” jako spokojny profesor od moralności. Wyjaśnia, że to społeczeństwo „brutalizuje debatę”, że ludzie przesadnie reagują na wysokie wynagrodzenia lekarzy, że prawdziwym problemem są emocje, nie liczby. Z pozycji weekendowego milionera tłumaczy Polakom, że lekarz ma prawo dobrze zarabiać, że kontrakty są jak działalność artysty czy sportowca, a temat zarobków został „podgrzany politycznie”.

Na Dolnym Śląsku nie takie rzeczy widzieliśmy, ale ten akurat numer robi wrażenie: człowiek, którego audyt przyłapał na dyżurach-widmo, staje się twarzą krzywdy środowiska lekarskiego.

HIPOKRYZJA W WERSJI REGIONALNEJ

Nie chodzi o to, że lekarz nie może zarabiać dobrze. Chodzi o to, kto ma czelność występować w roli ofiary systemu. Gdy ktoś z dolnośląskiego szczytu zarobków medycznych – z dziesiątkami tysięcy miesięcznie z ćwierci etatu, dodatkowymi tysiącami z działalności osobistej i bonusami za brak pracy – opowiada nam o niesprawiedliwym hejcie wobec lekarzy z powołania za niskie stawki, to nie jest już tylko problem jednego człowieka.

To jest podręcznik hipokryzji środowiskowej: mit powołania, lokalny etos „drugiego domu”, sudeckie ambicje polityczne – wszystko przykrywa bardzo zwyczajne, bardzo konkretne liczby z oświadczeń majątkowych. Wałbrzych złotego pociągu nie znalazł. Znalazł raczej model, w którym legendę biednego, ciężko pracującego doktora wykorzystuje się do legitymizowania prywatnego dobrostanu finansowego.

I właśnie dlatego felieton o Złotym Doktorze to nie jest tekst o jednej biografii. To jest tekst o Dolnym Śląsku, który potrafi stanąć murem za swoim Judymem, nawet gdy audyt pokazuje, że ten Judym od lat jeździ własnym, bardzo dochodowym pociągiem. Sudecki wirus ma się wciąż dobrze.

Notka redakcyjna:
Powyższy tekst ma charakter felietonu i stanowi opinię redakcyjną, opartą na publicznie dostępnych wypowiedziach, dokumentach, materiałach prasowych i wcześniejszych publikacjach dotyczących opisywanej sprawy. Z natury gatunku zawiera on ocenę, komentarz i elementy publicystycznej ironii, które nie roszczą sobie prawa do bycia jedyną możliwą interpretacją.

Redakcja przyjmuje, że czytelnicy oraz osoby, których tekst dotyczy, mogą się z tą oceną nie zgadzać. W przypadku uwag merytorycznych, polemiki, żądania sprostowania lub chęci przedstawienia własnego stanowiska, redakcja pozostaje otwarta na publikację sprostowania, odpowiedzi lub wyjaśnienia zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa prasowego.