„Dwadzieścia dwa lata temu Marek Borowski rozbił Sojusz Lewicy Demokratycznej. Dziś Mateusz Morawiecki doprowadził do największego rozłamu w historii Prawa i Sprawiedliwości. W obu przypadkach przywódcy secesji byli ludźmi z samego szczytu partyjnej hierarchii. W obu przypadkach twierdzili, że chcą ratować własne środowisko polityczne. I w obu przypadkach ich decyzje mogą przynieść skutki odwrotne od zamierzonych.

Marek Borowski opuszczał SLD po aferze Rywina, przekonując, że partia utraciła moralne prawo do sprawowania władzy. Tworząc Socjaldemokrację Polską, chciał odbudować wiarygodność lewicy. Był marszałkiem Sejmu, współtwórcą sukcesów Sojuszu i jednym z najbardziej cenionych polityków swojej formacji.

Historia okazała się jednak bezlitosna. SDPL nie weszła do Sejmu i nie zastąpiła SLD. Rozproszyła natomiast elektorat lewicowy, otwierając drogę do wieloletniej dominacji prawicy.

Dziś podobną drogą poszedł Mateusz Morawiecki. Po miesiącach narastającego konfliktu z Jarosławem Kaczyńskim odmówił podpisania deklaracji lojalności wobec kierownictwa partii. Rozmowy zakończyły się fiaskiem, a rozłam stał się faktem. Z PiS odchodzi grupa ponad trzydziestu parlamentarzystów związanych z byłym premierem.

Podobieństw jest zaskakująco wiele. Obaj byli czołowymi politykami w swoich ugrupowaniach. Obaj uznali, że partii nie da się już zmienić od środka. Obaj postawili na budowę nowego projektu zamiast walki wewnątrz dotychczasowej organizacji. Obaj tłumaczyli swoje decyzje potrzebą otwarcia się na nowych wyborców.

Ale są też zasadnicze różnice.

Borowski odchodził z partii, której poparcie topniało. Morawiecki rozbija ugrupowanie, które – mimo utraty władzy – pozostaje największą siłą opozycyjną i dysponuje jednym z najbardziej zdyscyplinowanych elektoratów w Polsce. To oznacza, że polityczna cena rozłamu może być jeszcze wyższa. Każdy rozłam ma bowiem dwóch przegranych. Pierwszym jest partia, która traci ludzi, struktury i wyborców.

Drugim jest nowa formacja, która musi udowodnić, że jest czymś więcej niż tylko zbuntowaną frakcją. Najczęściej wygrywa ktoś trzeci.

W 2005 roku na rozpadzie lewicy skorzystały PiS i PO. Dziś beneficjentem konfliktu na prawicy mogą okazać się Konfederacje, a na scenie politycznej Koalicja Obywatelska.

Rozłamy bardzo rzadko wzmacniają obóz, z którego wyrastają. Znacznie częściej prowadzą do wieloletniego osłabienia całego środowiska politycznego. Marek Borowski przekonał się o tym dwadzieścia lat temu. Mateusz Morawiecki dopiero rozpoczyna swój polityczny eksperyment. To, czy zakończy się on sukcesem, czy powtórzeniem losu SdPL, będzie jednym z najważniejszych pytań polskiej polityki najbliższych lat.”